Longinada – Norwegia 2013 – Podsumowanie sprzętowe

Wróciłam z Norwegii już 2 tygodnie temu, a tu nadal nie ma sprawozdania :) No ale jak się wyjechało na prawie 2 tygodnie, praktycznie bez kontaktu ze światem i bez komputera, to zaległości się nagromadziły. Aktualnie mam kilka tysięcy zdjęć do obrobienia i mają one absolutne pierwszeństwo przed moimi wakacyjnymi. Teraz już ich nie będzie przybywać, więc mam nadzieję, że się ogarnę dość szybko :D

Anyway. Chyba najpierw podrzucę notkę podsumowującą, analogicznie jak rok temu, głównie koncentrującą się na sprzęcie. Szczegóły dotyczące rowerowania po Norwegii zostawię sobie chyba jednak na pojedyncze notki, ze szczególnym uwzględnieniem pierwszych dni wyprawy, ze względu na szok kulturowy, wynikły z drastycznej różnicy między jakością infrastruktury i kultury poruszania się po drogach w Norwegii w ogóle.

A więc do dzieła. Zacznijmy od odzieży, jako że ona odegrała największą rolę na wyjeździe.

  1. Odzież
    1. Spodenki.
      Zabrałam je wszystkie, sztuk bodajże 7, z wkładką oczywiście (Mimo, Rogelli, Shimano, B’Twin). Z założeniem, że będę prać. Założenie udało się, aczkolwiek na 2 ostatnie dni mi zabrakło i musiałam być brzydalem i nosić 2 razy te same :P
      Co ważne – generalnie tak jak w zeszłym roku spełniły swoje zadanie, przy czym zdecydowanie najlepiej sprawdzały się jednak spodenki Shimano. To już nawet nie kwestia wyprofilowania wkładki, tylko chociażby silikonowych pasków w nogawkach, które w tych spodenkach są najmniej inwazyjne. Uwierzcie mi, po kilkudniowym jeżdżeniu po 80-100km ma to ogromne znaczenie. Jeśli nie da się uniknąć ciasnych nogawek (ja mam problem z doborem na swoje uda), to przynajmniej warto mieć spodenki różnej długości – ucisk codziennie będzie na innej części nogi.
      A co do wkładek – no cóż, dobrze, że wracałam po 10 dniach, bo zapomniałam talku i solidnie sobie odparzyłam co nie co :(
    2. Spodnie
      Mam takie jedne fajne bojówki z H&M, kupione używane na Allegro. Są cudowne na zimę, bo się rozciągają im dłużej się je nosi i można dzięki temu założyć jeszcze coś pod nie. Niestety, przecierają się, a kiedy Oslo zaatakowało mnie chodnikiem, dorobiłam się dziury na kolanie :(
    3. Nogawki
      Zakupiłam w Mikesporcie nogawki Rogelli z membraną na froncie. Wzięłam je w sumie przypadkowo, bo nigdy wcześniej ich nie użyłam – nie było potrzeby, a i same nogawki są średnio wygodne. Nie lubię, jak mi się coś trzyma na nodze i może się zsuwać. No i przyszedł czas, kiedy okazało się, że okażą się niezastąpione. Jeden dzień wyprawy był bardzo wietrzny i chłodny – kolana bolały mnie na samą myśl o jeździe w takiej pogodzie. Nogawki wziu na nogę, potem chwilami zakładałam jeszcze bojówki podwinięte do połowy łydki, na rękach rękawiczki, na twarzy buff i jedziemy. Jest jednak ogromny minus nogawek, który nawet nie wynika ze źle dobranego rozmiaru, ale z samego ich projektu – chodzi o paski. O ile w spodenkach mogą być one cienkie, bo spodenki trzymają się na tyłku, to w przypadku nogawek, gdzie wiszą one właśnie na tych paskach, już nie jest tak fajnie. Wrzynają się kosmicznie i rolują, co po kilku godzinach jazdy powoduje autentyczny ból. Nie od parady pończochy mają przecież takie szerokie paski – być może w nogawkach (przynajmniej damskich) też ktoś powinien na to wpaść. W każdym razie, po jednym dniu takiej jazdy już wiedziałam, że kolejnym zakupem rowerowym będą długie spodnie z membraną na froncie, które problem pasków zamkną.
    4. Koszulki
      Odkąd kupiłam sobie 3 koszulki z wełny merino, koszulki rowerowe poszły w odstawkę. Wzięłam rowerowych mnóstwo, ale po pierwsze – okazało się, że na krótki rękaw jest jednak za chłodno (jeździłam w nim tylko w pierwszym tygodniu przez chyba 3 dni), a po drugie – rowerowe trzeba prać po każdym użyciu ze względu na smród potu. Puenta? Wzięłam kilka rowerowych koszulek, których nie użyłam ani razu. Teraz nawet żałuję, że tyle ich nakupowałam. Ich jedyną zaletą jest fakt, że mają kieszeń, ale w zestawieniu z merino przegrywają od razu. Dlaczego? Bo wełna merynosów, z których robi koszulki Icebreaker, nie pozwala, żeby bakterie rozkładały pot, co powoduje śmierdzenie. A przynajmniej spowalnia ten proces do tego stopnia, że w merino można sie pocić kilka razy i nie śmierdzieć. Podsumowując – w bluzce z długim rękawem jeździłam przez 1,5 tygodnia i po tym czasie nie było jej tak czuć jak zwykłej koszulki po jednym dniu jazdy. Absolutnie nie żałuję tych ciężkich pieniędzy, które wydałam na te ciuchy. A ile wydałam? Za grubszą bluzkę z długim rękawem dałam 265zł (przecena z 380), za krótki rękaw dalam 250zł, natomiast za koszulkę bez rękawów 200zł. Czaję się teraz na jedną bluzę grubszą na zimę.
      Z akcyjnych rzeczy mam jeszcze koszulkę Craft Zero, ale używałam ją tylko do spania (w zimie w niej biegam), więc wiele o niej nie mogę powiedzieć, poza tym, że ma fajny wzorek. Tak przy okazji, przydałaby mi się ciepła bielizna termoaktywna do spania…
    5. Skarpetki
      Tu sprawa mniej problematyczna niż w przypadku koszulek – skarpetek po prostu wzięłam tyle, ile było dni wyprawy :) Aczkolwiek podobnie jak wyżej, uznaję wyższość skarpet z merino. Posiadam 2 pary – trekkingowe wysokie i niskie. Niskie są beznadziejne – mają za ciasny ściągacz w kostce.
  2. Okulary
    Od pół roku mniej więcej użytkuję okulary Rogelli HS-1018 z 3 parami wymiennych szkieł (żółte, białe, lustrzanki) za 70zł. Jestem z nich bardzo zadowolona, aczkolwiek muszę w końcu kupić do nich sztywne pudełko, ponieważ jedną parę już załatwiłam, nosząc je w nerce na pasku :) Zdolność odparowywania jest przeciętna, ale dopóki ktoś mi nie pokaże nieparujących szkieł, to nie będę na to zwracać uwagi :)
  3. Windstopper
    Znajduję się w posiadaniu rewelacyjnych rękawiczek z windstopperem North Face Pamir – są dopasowane i spełniają swoją funkcję. Mają też fajną spinkę, która pozwala spiąć rękawiczki razem, więc się nie rozparują.
    Poza tym posiadam też Buffa z windstopperem, który w normalnych, miejskich warunkach zimowych nie był niezbędny, ale w Norwegii sprawdził się idealnie.
    A, no i zapomniałabym o świetnej kurtce Millet (przeceniona z 600zł na 350) w odblaskowych kolorach. Jeżdżę w niej już od pół roku i daje radę. Szkoda tylko, że nie ma właściwości merino i otworów na kciuki :)
  4. Rower
    Velma przeżyła jazdę z dodatkowym 25kg obciążenia i wertepy na Rallarvegen bez choćby kapcia, więc myślę, że już nic jej nie straszne :) Aczkolwiek już dziś wiem, że Kellys Chelsea to nie jest dobry rower na jazdę górską czy nawet trekkingową. Dlaczego?
    Po pierwsze, zamontowałam na kołach opony Schwalbe Marathon Plus z wkładką antyprzebiciową, która znacznie pogrubia koło. Niestety, oznacza to mniej miejsca pod błotnikami, bo rama uniemożliwia ich oddalenie od koła. W efekcie, po Rallarvegen błotniki ocierają mi się o koła ;/ Co więcej, przed wyjazdem wyszło, że tylne koło mam zdecentrowane, ale nie w sposób uniemożliwiający jazdę. Po przyjeździe okazało się, że obręcz została dobita (po tych kamlotach na Rallarvegen się nie dziwię ;/) i pęknięcie wymaga wymiany. Zdecydowałam się na obręcz Mavic A319 za 145zł i zaplecenie i centrowanie koła w Cykloturze. Kosztowało mnie to jedyne 50zł, bo udało się zapleść koło na dotychczasowych szprychach. Niestety, błotniki nadal do mnie mówią.
    Po drugie – wyważenie. Z sakwami i plecakiem na bagażniku (mimo ciężkiej torby na kierownicy) nie dało się jechać ze względu na niestabilność. Z sakwami na bagażniku i plecakiem na plecach już lepiej. W każdym razie, na przyszłość chyba muszę zainwestować w przedni bagażnik.
    Po trzecie – kaseta. Zamontowałam sobie za mocną, co powodowało problemy przy podjazdach – zwyczajnie brakowało mi najlżejszych przełożeń. Będzie trzeba wziąć pod uwagę zastępczą na góry w przyszłym roku.
    Poza tym drugiego albo trzeciego dnia zgubiłam wysuwaną część nóżki :D I rozwaliła mi się osłona od kasety, która ma zabezpieczać przed spadkiem łańcucha – pourywały się ząbki. Więc wyleciała przy zaplataniu koła :)
  5. SPD + ochraniacze na buty
    Norwegia to była wielka próba. Nie odważyłam się na jazdę z wpiętymi obydwoma butami przez cały czas ze względu na spore ryzyko gleby, chyba że jechałam asfaltami. Przez większość czasu jeździłam z wpiętym prawym butem. Niestety, okazało się, że jednak nie mam dobrze ustawionych bloków, bo noga cierpła masakrycznie. Eh…
    Kupiłam sobie przed wyjazdem ochraniacze Shimano, które z założenia miały być wodoszczelne, ale okazało się, że jednak nie są :) Więc będzie szukać dalej czegoś na moje drobne stópki.
  6. Sakwy
    Sakwy posiadam w dalszym ciągu Crosso (odsyłam do fragmentu notki o nich z zeszłego roku), z tym że w tym roku dokupiłam jeszcze 2 małe Crosso Pocket 3L do mocowania na trokach dużych sakw oraz klapy do Twist Big. Sakwy dalej żyją i nie przemakają, ale w porównaniu z sakwami Ortlieba mają jeden minus – przy dużym obciążeniu paski do noszenia w ręce się rolują i wrzynają w rękę. Ortlieby mają na paski nawleczone gumowe rurki, co noszenie ułatwia. Plusem Crosso jednak są klapy, które nie dość, że powiększają sakwę, to jeszcze mają dodatkową kieszeń pod klapą. Dodam jednak uczciwie, że udało mi się sakwę wypiąć z bagażnika podczas jazdy Rallarvegen, choć dzień wcześniej kłóciłam się z kolegą, że to niemożliwe :) Zauważyłam też, że pasek z hakiem zaczyna się przecierać. Podobno Crosso zmieniło teraz system zaczepów, który niweluje to zagrożenie, ale wciąż to jednak niemiła niespodzianka.
    Co do Pocketów, mają one jeszcze pasek na ramię, ale nie użyłam ani razu. W obu trzymałam drobiazgi typu narzędzia i łatki, czy drobną elektronikę.
  7. Torba na kierownicę
    Po poradzie kolegi zakupiłam Author A-H721N. Ogólnie jest fajna i poręczna, można ją używać jako torbę na ramię, ale ma totalnie bezużyteczny mapnik – jest po prostu za mały.
  8. Baterie zewnętrzne
    Zależało mi na tym, żeby każdy dzień wyprawy rejestrować GPSem. Z doświadczenia wiedziałam, że jeden dzień wystarczy, żeby zjechać baterię do zera, więc przy założeniu, że nie będzie gdzie ładować sprzętu (noclegi na campingach i polach namiotowych), konieczny był zakup baterii zewnętrznych.
    Po zapoznaniu się z ofertą internetową i forami, zdecydowałam się na akumulatory 8000mAh od Mistrala za 200zł sztuka. I nie był to zły wybór :) 2 akumulatory spokojnie wystarczyły mi na ładowanie Garmina, jak również kilkakrotne ładowanie iPhone’a.
    Dodatkowo miałam jeszcze ładowarkę Sony za 70zł, ale starczała na pojedyncze ładowanie telefonu i niecałe ładowanie GPSa. Zaletą tej od Sony jest poręczność i rozmiar.
  9. Latarka
    Od prawie 10 lat używam czołówki Petzl Tikkinę i jestem z niej bardzo zadowolona – do pieszego poruszania się, czytania w namiocie się nadaje idealnie, ale hmm, do jazdy rowerem w totalnie ciemnym tunelu już zupełnie nie :D Czas więc na inwestycję w Tikkę XP czy coś w ten deseń…
  10. Aparat
    Nie zdecydowałam się wziąć ze sobą pełnej klatki i bardzo żałuję. Crop w połączeniu z 28-135mm zdecydowanie nie pozwalał objąć tych widoków, więc starałam się nadrabiać iPhonem. Bardzo, bardzo żałuję :(

To chyba wszystko. To ja się może teraz zabiorę za obrabianie fot…

One thought on “Longinada – Norwegia 2013 – Podsumowanie sprzętowe

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *