Longinada – Norwegia 2013 – Dzień 1

Poranek chłodny i wilgotny. Około drugiej w nocy przyjechał bus, podobno zainteresowała się też nami miejscowa policja (w końcu nocowaliśmy pod płotem lotniska :>). Trochę nam zajęło ogarnięcie namiotów, rowerów i śniadania. Kiedy jeszcze nie zna się praktycznie nikogo, to stres związany z początkiem wyprawy jest podwójny. Przynajmniej okazało się, że mam wszystkie bagaże i niczego nie brakuje.

20-kilka rowerów na pace :) Foto: Michał Netzel

20-kilka rowerów na pace :)
Foto: Michał Netzel

IMG_2496Jeszcze nie wiedziałam, jak się podróżuje na Longinadzie – czy razem, czy parami, czy może każdy jak chce. Trochę się jednak bałam samej, w obcym kraju :) Na szczęście i tak ruszyliśmy wszyscy razem (ponad 20 osób). Mój wspaniały beznadziejny mapnik rozwalił mi mapę już na starcie, więc musiałam się podczepiać pod resztę.
Pierwszy etap rowerowania to dojazd do Moss, skąd mieliśmy przepłynąć promem do Horten. Początkowo pobłądziliśmy, ale mimo deszczu humory dopisywały.

Na promie było fajne miejsce do posiedzenia w ciepełku, z prądem w gniazdkach i wifi, a nawet restauracją. Mimo zimna i mżawki, nie omieszkałam cyknąć paru fotek z pokładu na zewnątrz.

IMG_2543IMG_2540 IMG_2538 IMG_2522

Z kolei w Horten znaleźliśmy fajne miejsce przy centrum handlowym, gdzie chyba przez pół godziny staliśmy na kratce, spod której wiało ciepłe powietrze :)

foto: Meteor2017

Potem przetransportowaliśmy się pod market, gdzie zjedliśmy drugie śniadanie, ale szybko nas stamtąd wygonili, bo blokowaliśmy wejście do marketu – tak dużo nas było. Ja, z racji cen norweskich, zaopatrzyłam się jedynie w marchewki, które doskonale równoważą słodkość czekolady i nie kosztują dużo więcej niż w Polsce.

IMG_2558 IMG_2555

Od ciągłego, mniejszego lub większego deszczu, przesiąkły mi rzekomo wodoszczelne ochraniacze na buty, ale przynajmniej było mi w nich ciepło. Peleryna się spisała, ino było w niej dość gorąco i zbierała się woda między mną a kierownicą. Odkryłam też jeszcze jedną zaletę kasku – dzięki niemu nie było widać, że moje włosy ostatni prysznic zaliczyły prawie 2 dni wcześniej :>

Pierwsze zdziwienie norweską infrastrukturą to asfaltowe chodniki i ciągi pieszo-rowerowe, bez wyróżnionych stron dla każdej z grup. Pojawiały się one głównie w miejscowościach, czasem przy jakiejś bardziej ruchliwej drodze. Ponadto, było dobrze widać, że sezon turystyczny się zakończył, bo spotkanie pieszego, a nawet samochodu na ulicy, graniczyło z cudem. Stąd jazda ulicami (lokalnymi, ale jednak) była bardzo przyjemna  – i ta przyjemność trwała aż do ostatniego dnia Longinady.

Zwyczajna ulica w Norwegii. Tu nie widać, ale tam prawie nigdzie nie ma płotów, nie to co w Polsce.

Kolejnym etapem było jeszcze nadmorskie Holmestrand, gdzie mieliśmy zjeść obiad. Tu kolejna zaskoczka – piękna, czysta i darmowa toaleta z prysznicem i umywalkami – męska i damska – jeszcze wiele takich napotkamy na szlakach. Szkoda, że u nas się tak nie da.
Oczekiwać na ryż z pulpetami musieliśmy na deszczu, bo daszku nie uświadczyliśmy, dlatego dla rozgrzewki przebiegłam się małe kółeczko po okolicy.

Potrzeba matką wynalazków :) Foto: Lavinka

Mała meduza

IMG_2575

Z Holmestrand po obiedzie ruszyliśmy pod górę na Hvittingfoss – tam był punkt zborny dla osób, które nie dadzą już rady i będzie trzeba je podwozić busikiem. Tam też mieliśmy otrzymać wskazówki co do tego, gdzie będziemy nocować. Oczywiście, moje tempo (nienawidzę i nie umiem podjeżdżać pod górę, a to był przecież dopiero początek) i brak sparowania szybko zostawiły mnie samą na trasie – raz nawet udało mi się pojechać nie tam gdzie trzeba (bo dziwnym trafem trzeba było skręcić PRZED znakiem szlaku, a nie za). Zaczęło się już ściemniać, a ja popierniczam sobie sama, w deszczu, jakąś remontowaną drogą bodajże krajową :> Z lekkim cykorem, czy aby na pewno jadę prawidłowo (w końcu od dłuższego czasu nikogo nie spotkałam), dotarłam do rzeczonego Hvittingfoss i ponieważ nie udało mi się wpakować do busika, bo był już komplet, to ruszyłam dalej na Kongsberg, drogą numer 40 wzdłuż rzeki Numedalslågen. Może i robiłabym więcej zdjęć, ale deszcz i mżawka, buergh, sami wiecie.

IMG_2595
Jadę sobie i jadę przed siebie i zastanawiam się, kiedy po mnie podjadą i zgarną. Zdążyłam już dojechałać, zanim oni zdążyli wyjechać. Okazało się, że z racji pogody Longin zorganizował nam nocleg w domkach norweskich, gdzieś przed Evju. Łóżka piętrowe, gniazdka z prądem, ciepłe kaloryfery, gorąca woda pod prysznicem. Cudownie.

Licznik pokazuje 77,7km.

PS. Trasę można sobie prześledzić na Google Streetview tutaj. Dlaczego mi to szatkuje na kilka stron – nie mam pojęcia.

PS2. Relacja Tomiego + Relacja Lavinki.

2 thoughts on “Longinada – Norwegia 2013 – Dzień 1

  1. lavinka

    Może dlatego, że na poprzedniej Longinadzie głównie padał deszcz, a ja nie miałam sławetnej pelerynki – dzień z norweskim deszczem uznałam za dość lajtowy, wszak nie padało bez przerwy cały dzień ;) A spod sklepu nas wygonili po dobrej godzinie, jak zaczęliśmy się dobierać do maszyny sortującej odpadki. Tej co wydawała paragon i można było za niego kupić nowe produkty w tym sklepie.

    Po tej całej wyprawie mam ochotę skrzyknąć się w następne wakacje i pojechać malować płoty, żeby pobyć tam dłużej ;)

    Reply

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *