Zwiad Poznań – Unia

Minęło trochę czasu, trzeba przyznać. Velma stoi od zimy nie ruszona, aż zardziewiał łańcuch, który był do wymiany. Teraz została tylko regulacja przerzutek. Niestety, za długo się z tym ociągałam i w kwietniu zapisywałam się na czerwiec. Normalnie jak do lekarza :)

Tym niemniej, chciałam o czym innym. W zeszłym tygodniu zrobiliśmy z Michałem zwiad do Unii za Wrześnią w celu obadania tamtejszych ruin pałacyku rodziny Chrzanowskich na potrzeby plenerów ślubnych.

Wyruszyliśmy niespiesznie  o 10 przez Szczepankowo. Za Szczepankowem zrobiło się miło i luźno – trasa wiodła wioskami między trasą 92 i A2, wzdłuż torów do Wrześni. Do tego jechaliśmy z wiatrem, więc średnia ok. 28-30km/h nie nastręczała wielkich trudności.

Po drodze minęliśmy pana w różowym wdzianku Lampre Merida, ale szybko nam uciekł, bo ja musiałam dać odpocząć stopom, które cierpły (w końcu rozkminiłam, że jednak za grube skarpety założyłam do SPD).

Oczywiście, ustawiając trasę wg GPS i otwartych map, nie zawsze mam informację o stanie drogi. Tak było też w tym przypadku, acz nie da się ukryć, że przełaj był dość malowniczy.

A potem piękna aleja wzdłuż kasztanowców, po obu stronach drogi #syndromrzepaku i wiatraki.

Dojechawszy do Wrześni zdecydowaliśmy, że nie jesteśmy na tyle zmęczeni ani głodni (dopiero raptem 45km), żeby już jeść obiad, więc ruszyliśmy dalej do Unii położonej ok. 15km dalej na wschód. O mało co, z mojej winy byśmy pałacyk przegapili :)

Na sesje ślubne jakoś nie czuję tego miejsca, ale sesje w stylu Białej Damy – czemu nie. Coś się wymyśli :)

Po obfoceniu miejscówki przeze mnie wróciliśmy do Wrześni, gdzie zjedliśmy bardzo dobry i pożywny obiad w restauracji Margeritta (pozdrawiamy miłego pana kelnera!), a następnie ruszyliśmy w drogę powrotną teoretycznie po naszych śladach. Niestety, jak widać na mapce, w Gułtowach odrobinę zboczyliśmy z trasy i zrobiliśmy małą pętelkę dojeżdżając do Siedlca, ale się zorientowaliśmy i wróciliśmy na właściwy trakt. Po najprawdziwszym bruku, a jakże, wśród drzew – przypomniała mi się podobna droga z dzieciństwa :)

Niestety, odcinek powrotny zdecydowanie nie był taki prosty – tym razem jechaliśmy pod wiatr, zdecydowanie wolniej. Koło 120km tyłek i plecy zaczęły mi mocno odmawiać posłuszeństwa. Ostatnie kilometry przejechałam już niemal ze łzami w oczach, zatrzymując się co chwilę (stopy też cierpły coraz mocniej i dłużej), ale dałam radę. Na liczniku prawie 140km.

Teraz sobie myślę, że trasy do 100km to mogę robić na szosie, ale powyżej to jednak trzeba wyciągać trekkingową Velmę :)

PS. Zapisałam się na Bike Poznań Challenge we wrześniu. Ciekawe, czy dam radę zrobić setkę poniżej 5h :) [EDIT: 5h wzięło się stąd, że była na początku informacja o tym, że trasę trzeba pokonać w 5h, ale dzisiaj wczytałam, że jednak przedłużyli do 6h :)]. Na razie zapisanych jest ok. 140 osób na moją trasę :)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *