4 thoughts on “Pomysły na wycieczki

  1. Taiffun

    Pierwszy link niestety padł nieaktualny, szukałem mirrora artykułu ale nie znalazłem a szkoda bo mnie zaintrygowało! Trzeba będzie poszukać innych źródeł na ten temat. :)

    Reply
    1. anks Post author

      O, aż napisałam na GW, co się stało :) Google artykuł widzą, ale na stronie nimo nawet pod zmienionym adresem.

      Reply
    2. anks Post author

      Masz przedruk:

      Cegła i wole oczy – przedwojenne osady na Wildzie, Dębcu…
      Jakub Łukaszewski (22-03-2013 08:41)
      – Chyba żartujesz? Naprawdę? To niesamowite, koniecznie muszę tam zajrzeć – tak najczęściej reagują znajomi, gdy opowiadam o „małych domkach”, osadzie przedwojennych kolejarskich szeregowców na granicy Wildy i Dębca. A to dopiero początek naszej weekendowej wycieczki
      “Małe domki” są nieznane, bo kryją się na dziedzińcu wyższej kamienicy, która stoi przy ul. 28 Czerwca 1956 r. Osadę znajdą tylko ci, którzy wiedzą o jej istnieniu albo miejscy wagabundzi, szukający przygód na rubieżach Poznania.
      Kiedyś – złakniony dziwnych odkryć architektoniczno-przestrzennych, zaintrygowany starymi budynkami stojącymi w sąsiedztwie fabryki VW i zakładów Cegielskiego – postanowiłem sprawdzić, co się za nimi kryje, dosłownie i w przenośni. Opłaciło się. Bo dziś – choć w Poznaniu jestem tylko przyjezdnym – rozmawiając z rodowitymi poznaniakami, potrafię przed nimi odkryć miejsce, którego ze 100-procentową pewnością nie znają. Słysząc o enklawie “małych domków” w przemysłowej części miasta powtarzają na okrągło: – Naprawdę? Koniecznie muszę tam zajrzeć!
      Odszukanie usytuowanego pomiędzy Wildą a Dębcem osiedla to dobry pretekst do niedzielnej wycieczki na południe od Poznania. Jedno popołudnie powinno wystarczyć, by jadąc wzdłuż Warty, odwiedzając po drodze Luboń i Puszczykowo i przekraczając rzekę, dotrzeć do Rogalina. Tymczasem wróćmy do małych domków.
      Bystre oko wytropi
      Osadę dla kolejarzy w 1914 r. postawiło Spar-und Bauverein, czyli Towarzystwo Budowania i Oszczędzania. Rząd 10 przylegających do siebie domków z czerwonej cegły stanął od ul. Hutniczej. Każdy z ogródkiem. Na parterze – pokój gościnny z kuchnią i spiżarnią, na piętrze dwa pokoje, wyżej – strych. Domki niby identyczne, ale nie ma dwóch takich samych. Do jednego światło wpada przez wole oko, do innych przez okno półokrągłe lub w kształcie ośmiokąta. Bystre oko wytropi domki przez prześwit w pistacjowej kamienicy od ul. 28 Czerwca, naprzeciwko wejścia do fabryki VW.
      Podobnego osiedla znaleźć w Poznaniu nie sposób. Ciągi domów szeregowych z czerwonej cegły stoją za to w robotniczych dzielnicach Manchesteru i Amsterdamu. Inne robotnicze osiedla – wiedeńskie – były wzorem dla najznamienitszego poznańskiego architekta Władysława Czarneckiego. Jedną z jego realizacji podziwiać możemy w pobliżu kolejowej osady. To czworoboczny blok z ogromnym wewnętrznym dziedzińcem, który okalają ulice: Wspólna, Tokarska i Rolna. W 1927 r. stanął tu budynek dla przesiedleńców z ul. Głogowskiej, których domy rozebrano, przygotowując teren pod Powszechną Wystawę Krajową. Na Wildzie mieli żyć w bloku z pralniami, suszarniami i czytelnią na dziedzińcu. Ale miasto nie zgodziło się na nie. Dziś jest tam plac zabaw i zieleń.
      Więcej zieleni jest w miejscu jeszcze mniej przystającym do przemysłowego Dębca niż małe domki. Chodzi o kompleks jednorodzinnych willi przy pl. Lipowym. Z centralnie umieszczonego placu odchodzą trzy malownicze ulice – Bzowa, Bluszczowa i Lipowa – przy których stoi w sumie 47 domów. Pierwotnie mieszkali w nich kolejowi urzędnicy. Wszyscy, którzy widzieli kolonię, nazywają ją Sołaczem w wersji mini. Skojarzenie jak najbardziej prawidłowe. Za oba kompleksy mieszkaniowe odpowiada ten sam architekt – Joseph Stübben.
      W podręcznikach architektury
      Z Dębca do Lubonia już tylko żabi skok. Wiaduktem pokonujemy autostradę, docieramy do ul. Armii Poznań i jadąc wzdłuż torów kolejowych na Wrocław mijamy fabryczne zabudowania z początku XX w. (m.in. neogotyckie budynki byłych zakładów ziemniaczanych czy secesyjne bryły dawnej fabryki drożdży). Nuda przemysłowej monotonii nam nie grozi. Tym bardziej że przy ul. Romana Maya w latach 1907-14 powstała jedna z najnowocześniejszych fabryk superfosfatu i kwasu siarkowego w Europie. Ekspresjonistyczna architektura zakładów chemicznych była surowa, masywna, operowała wielkimi płaszczyznami. Kontrastowała z płaskim krajobrazem nadwarciańskich pól. Dziś okolica jest już gęściej zabudowana, a zdjęcia lubońskich zakładów można znaleźć w niejednym zachodnim podręczniku opisującym XX-wieczną architekturę.
      Za monumentalnym projektem fabryki stoi Hans Poelzig. Wrocławski architekt w sąsiedztwie zakładów zaplanował kameralne osiedle mieszkaniowe dla kadry inżynierskiej zakładów. Osiedle składa się z pięciu budynków z ceramicznej cegły. Wszystkie mają ciekawą bryłę, stoją przy urokliwej uliczce, dziś noszącej nazwę Kolonia PZNF (Poznańskie Zakłady Nawozów Fosforowych). Ulica okala park Jordana stanowiący element założenia osiedla. W niewielkim parku stoi pomnik “Siewcy” – rzeźba z 1923 r. przedstawia słowiańskiego rolnika siejącego zboże.
      Limonkowe kluseczki
      Naszą wycieczkę zdominował na razie przemysł i budynki mające służyć związanym z przemysłem pracownikom. Czas zatem odpocząć od industrialnego klimatu. Najlepiej – odwiedzając słynne miasto-ogród, czyli Puszczykowo. Pierwszy przystanek warto zrobić już przy wjeździe do dawnego kurortu. Stoi tu jeden z dwóch dworców kolejowych w mieście. Wzniesiony w 1910 r. budynek z pruskiego muru prezentuje modny w owym czasie typ architektury uzdrowiskowej łączącej tradycje miejscowe ze stylem szwajcarsko-tyrolskim. Obok dworca – restauracja “Lokomotywa” ze starymi lampami, obrazami, kasą z początku ubiegłego wieku i innymi przedmiotami nawiązującymi do historii kolejnictwa. Warto wejść do środka, obejrzeć eksponaty i skusić się chociażby na krem borowikowy z kluseczkami limonkowymi. Po wyjściu z restauracji jesteśmy na ul. Wczasowej, przecinającej nadwarciański las. Tu, pośród starych drzew, stoi kilka przedwojennych willi.
      Jedną z nich jest dawna restauracja Mandela, która ostatnio funkcjonowała pod nazwą “Leśna”. “W tej zbiorowości szczegółów przypominających gotyckie zameczki znad Renu czy Loary, niemal gubi się czytelność rzutu. Nie o to tu zresztą chodzi. Zróżnicowana bryła i nieregularny rzut nie daje możliwości jednoznacznego wskazania frontu. Dzięki temu każda elewacja staje się jakby osobnym projektem. Można by kilka domów z tego zbudować. W kolejnych elewacjach można czytać, jak w księdze historii architektury. Są tam najpierw romańskie czy nawet rzymskie sklepienia okien w werandzie. Dalej od wschodu w strzelistości ryzalitu z bocznym wejściem pobrzmiewa nutka gotyku. Sam szachulec piętra również przywodzi na myśl średniowieczne osady, jak z obrazów Breugla. A okno na parterze w korpusie głównym to skarbnica ornamentów renesansowych” – pisał o willi w Kurierze Puszczykowskim architekt Zbigniew Cichocki.
      Mały rytuał
      Gdy Wczasowa się kończy, dojeżdżamy do ul. Cyryla Ratajskiego. Jesteśmy w tej części Puszczykowa, którą miejscowi i turyści porównują do willowych przedmieść Berlina, jak Wannsee czy Nikolassee. To tutaj, przy ul. Słowackiego, znajduje się muzeum słynnego podróżnika Arkadego Fiedlera. Tradycje i kultury całego świata łączą się w Ogrodzie Tolerancji, gdzie stoi piramida Cheopsa, wizerunek Buddy, maska meksykańskiego Olmeka, posąg z Wyspy Wielkanocnej i zacumowała replika okrętu “Santa Maria” Krzysztofa Kolumba.
      Malowniczymi uliczkami modnego onegdaj lotniska dostaniemy się na drugi puszczykowski dworzec z początku XX w. Dwa lata temu kolejarze go wyremontowali, przywracając oryginalny, oliwkowy kolor drewnianej części dworca. Z czerwoną cegłą dobudówki i brązowymi belkami szachulca taki odcień zieleni komponuje się idealnie.
      Na koniec proponuję mały rytuał. Niekoniecznie przyjemny, ale będąc w Puszczykowie, zaliczyć go trzeba. Chodzi o lody u Pani Kostusiakowej. Słynna lodziarnia, w której zawsze stoi długa, kilkunastominutowa kolejka znajduje się po drugiej stronie torów. Lody serwują tu całkiem przeciętne, ale krytykować ich nie przystoi. Dostępne smaki: cała gama tradycyjnych plus guma do żucia i red bull.
      Gdy odstoimy swoje, ul. Nadwarciańską skierujmy się w stronę mostu nad Wartą. Most w Rogalinku został zbudowany dopiero w latach 60. XX w. Wcześniej wozy, samochody i ludzi przewoził przez rzekę prom. Na piaszczystym wzniesieniu nad Wartą stoi ufundowany w 1712 r. kościół, dziś otoczony wałem przeciwpowodziowym. Jest to niewielka drewniana budowla ozdobiona małą wieżyczką, przeznaczoną na dzwon. Kościółek jest bogato wyposażony. Do najciekawszych zabytków należy ołtarz boczny, stanowiący przykład sztuki ludowej z przełomu XVII i XVIII w. oraz obraz “Chrystus ubiczowany”. Przed wycieczką warto sprawdzić godziny nabożeństw w drewnianym kościółku. Bo znajdujące się wewnątrz dzieła sztuki można obejrzeć tylko podczas mszy św.
      Takie dęby tylko tutaj
      Drogą w kierunku Kórnika dojedziemy do Rogalina. Sił i czasu nie zostało nam zbyt wiele. Ale choć na chwilę zerknijmy do parku z ponad tysiącem 600-letnich dębów szypułkowych. To jeden z turystycznych symboli Wielkopolski i jedyne takie zbiorowisko starych dębów w Europie. Stare dęby stoją w parku angielskim przylegającym do pałacu w Rogalinie. Drugi park – francuski, jest mniejszy, ale bardziej elegancki, rosnące tu rośliny są dokładnie przystrzyżone, a kopiec z tarasami usypany został z ziemi wydobytej z wykopu pod fundamenty pałacu. Sam pałac to jedna z najpiękniejszych w Polsce rezydencji magnackich. Znajduje się w nim muzeum wnętrz mieszkalnych z meblami, tkaninami i porcelaną. Warto zwiedzić tzw. gabinet londyński, bo to wierna rekonstrukcja pokoju z londyńskiego mieszkania Bernarda Raczyńskiego, prezydenta Rzeczypospolitej na uchodźstwie. Przy północnym skrzydle w parku warto obejrzeć lodownię. To znajdujące się pod ziemią pomieszczenie okładane było lodem łupanym w zimie z rzeki lub stawu, dzięki czemu utrzymywało do jesieni niską temperaturę.
      Wyczerpani kilkugodzinnym wypadem za miasto na szczęście nie musimy wracać do Poznania tą samą trasą. Wystarczy cofnąć się do Rogalinka, by skręcając z drogi głównej, przez Wiórek, Czapury i Starołękę dojechać do domu.
      Opisz swoją trasę magiczną
      Znasz ciekawe miejsca na peryferiach Poznania lub za miastem? Były pretekstem do wycieczki, którą chciałbyś zaproponować innym zapalonym turystom? Przesyłaj opisy i zdjęcia swoich “magicznych tras”, a my – publikując je w “Gazecie” i internecie – przedstawimy je wszystkim czytelnikom. Najciekawsze propozycje nagrodzimy i opublikujemy w przewodniku po magicznej Polsce. Propozycje tras pełnych magii ślij na adres: konkurs@poznan.agora.pl albo za pomocą głównej strony internetowej akcji http://www.trasymagiczne.wyborcza.pl

      Reply

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *